Promocja!

Korpomatka – powieść Izabeli z czasów pracy w korporacji

29,00  19,00 

Pierwsza i jedyna powieść Izabeli pod tytułem “Korpomatka”.

 

Kategoria:

“Korpomatka” to ironiczna i zabawna historia z życia wielkiej korporacji, widziana oczyma młodej adeptki dział PR. To co w takich miejscach traktowane jest ze śmiertelnym wręcz poważaniem, w tej powieści pokazane jest w krzywym zwierciadle. Pełno tam zabawnych aluzji, komentarzy, niemniej zawsze warto zastanowić się czytając, czy przypadkiem nie przesadzamy w postrzeganiu tych wszystkich wielkich zarabiających miliony firm i czy rzeczywiście powinniśmy im zaprzedawać własne dusze. 

Bohaterka “Korpomatki” z fascynacją zaczyna poznawać świat widziany z punktu widzenia pracowników biura zarządu. Okazuje się, że nawet kolor krawata czy koszuli albo sposób wysiadania z samochodu może stać się sprawą najwyższej wagi. Ludzie na stanowiskach czasami potrafią tracić dystans do siebie i do wykonywanych obowiązków, popadając w rodzaj obsesji, w której dostrzegają w swojej korporacji niemal żywą istotę – matkę –  zastępując nią wszelkie inne więzi rodzinne i międzyludzkie. 

Powieść powstała dekadę temu dlatego pewne sytuacje mogą być już dzisiaj nieaktualne. Chociaż znając życie, możemy się spodziewać, iż ludzie nie zmienili się aż tak bardzo.  Historia opisana przez Izabelę nie jest całkowicie zmyślona, jest wynikiem kilkuletniej pracy w podobnych okolicznościach i rezultatem doświadczeń dnia zwykłego dla pracowników korporacji, chociaż czasem można mieć wrażenie, że jesteśmy w centrum teatru absurdu.

Fragment:

– I w ten sposób Kasia nie wie, z jakimi emocjami do tej relacji podchodzi
Justyna! Spójrzmy jeszcze raz na schemat! Zastąpienie spójnika „ale”
spójnikiem „i” może diametralnie zmienić przebieg tej rozmowy –
sympatyczna okularnica w bardzo pięknym sweterku, obszytym jasnymi
cekinami, ciągnęła dalej swoje pseudonaukowe wywody. Hectorium
zafundowało dziewczynom szkolenia z zakresu komunikacji w kryzysie.
Nina na pewno usnęłaby już po pierwszej godzinie gdyby nie ciągłe
telefony dziennikarzy, napastujących ją do znudzenia w sprawie
oświadczenia Alfreda von Wendtke. Chociaż może nie tylko tego.
Generalnie chcieli dopaść członków zarządu Hectorium, którzy od
dwóch tygodni obstawieni byli szczelnym kordonem, utworzonym z
pracowników działu PR. Były to zamiary płonne. Dzielne kobiety,
pozbawione jedynego męskiego pracownika, czyli Maćka, stanowiły
twierdzę nie do zdobycia i najlepszą ochronę świata.
– Nina?, zechciałabyś w parze z Anią poćwiczyć zmianę nastawienia w
dyskusji – sympatyczna prelegentka zauważyła zapewne nerwowe
oglądanie monitora telefonu służbowego. Nina będzie musiała w końcu
jakoś pokazać, że faktycznie bierze udział w szkoleniu.
– Robiłaś już dzisiaj monitoring? – Ania Samosińska na pewno zmierzała
do trenowania komunikacji. Na pewno!
– Jasne, nie tylko monitoring! Rozesłałam już wstępne maile z treścią
komunikatu o tym zatrudnieniu.
– Świetnie, Julia dziś przychodzi, chcę mieć co powiedzieć.
– Julia? – Ninę lekko zablokowało z wrażenia. Kilka dni nieobecności
dyrektorki pomijane było milczeniem w dziale komunikacji
korporacyjnej. Nina wprawdzie podpisała już wymarzoną umowę, ale
nadal informacje o powrocie Julii napędzały jej stracha. Tym bardziej, że
cała ta sytuacja była dziwna. Zastanawiała się często dlaczego
rzecznikiem nie jest Ania – dłużej pracuje, jest piękniejsza, sprytniejsza i
bardziej obyta. Nie zdawała sobie sprawy, że Ania w pierwszej
kolejności odmówiła prezesowi, zasłaniając się licznymi obowiązkami
|w dziale komunikacji wewnętrznej. Tymczasem był to zaplanowany
manewr. Planując druzgocące dla Hectorium przejście do konkurencji,
nie mogła na sam koniec występować w mediach. Chociaż było to dla
niej niezwykle trudne. Przywykła do popularności o zachwytów.
– I rozwijamy dyskusję, tworzymy przyjazne nawiązania! – huknęło z
boku aż Ania podskoczyła na niewygodnym krześle. Nina rozejrzała się
ciekawie po sali obserwując koleżanki zaangażowane non stop w jakieś
burzliwe dyskusje. Nie znosiła udawania i kiepskiego aktorstwa więc
szybko oderwała wzrok i nadziała się, dosłownie, na ostre , szpiegujące
spojrzenie Ani Samosińskiej:
– No ćwicz , co robisz! – warknęła obraźliwie, nie spuszczając z niej oczu.
Nina wykonała dziwny grymas twarzy, taki o jaki samej siebie nie
podejrzewała – wydęła złośliwie usta, sapnęła i usiadła głębiej na
krześle:
– Bardzo cię cenię i dlatego wiem, że powierzysz mi to zadanie –
powiedziała pewnym głosem.
– Jakie zadanie? – Ani usta ułożyły się ironiczny dzióbek.
– Bardzo Cię cenię i dlatego wiem, że pozwolisz mi poprowadzić
konferencję prasową na temat „Kaszmirowej”.
– Ale ty bzdury gadasz! – Ania roześmiała się żarliwie, zapominając, że
już nie ma w tej sprawie nic do powiedzenia.
– Nie używamy „ale”! – znów huknęło demonicznie od strony
instruktorki i Samosińska komicznie drgnęła.
Przerwa na obiad, dziewczyny – zarządziła instruktorka – po niej
omówimy sobie wyniki naszych dyskusji.
Nina natychmiast poderwała się z krzesła i czym prędzej wybiegła z sali.
Dziennikarz „ Selektywnej Prawdy” dzwonił już szesnasty raz. Nie,
oczywiście, że nie obchodziło go, iż Nina jest na szkoleniach. Co to za
wymówka? Tandetna jak zestaw cieni do powiek, przyklejony do
damskiego tygodnika. On musi natychmiast dowiedzieć się, co
Hectorium zamierza uczynić pracownikom „Kaszmirowej”.
– Dzień dobry, tu Nina Sarbiniewicz , w czym mogę panu pomóc, panie
Źrebak?
– Pani urok nic nie pomoże, pani Sarbiniewicz, chcę znać prawdę, ludzie
muszą znać prawdę! A pani nie dopuszcza mnie do prezesa, on musi
odpowiedzieć ludziom, co się naprawdę dzieje. Pan Wendtke nie miał z
wywiadem żadnego problemu.
– Gratuluję, jednak ja nie pracuję dla pana Wendtke. Mój przełożony
prowadzi obecnie bardzo ważne negocjacje i nie ma czasu na
promowanie swojej osoby w mediach.
– Niech pani nie będzie złośliwa, wiem, że jest pani niekompetentna, ale
miałem jakieś wrażenia co do uroku osobistego, a pani je tak niszczy!
– Słucham?
– Dzwoniłem do biura prezesa i rozmawiałem z panią Różycką.
Powiedziałem jak bardzo jest pani niekompetentna w tym swoim
upieraniu się, że nie mogę mieć wywiadu z prezesem.
– I uzyskał pan to, czego się spodziewał?
– Nie, pani Różycka poinformowała mnie już o tych negocjacjach.
– Ale jest pan zadowolony , że mi zaszkodził?
– Nie bądźmy dziećmi! Mnie pani kariera nie interesuje! Więc: co dalej z
„Kaszmirową”?
– Pracownicy wiedzą już o planach Hectorium. Część z nich zostanie
zatrudniona w sklepach naszej sieci, pozostałym zapewnimy przyjazną
politykę outplacementu.
– To znaczy?
– Szukamy i pokrywamy koszty szkoleń, które zapewnią im
przekwalifikowanie.
– Niech pani nie będzie śmieszna! Ludziom po pięćdziesiątce proponuje
pani przekwalifikowanie?
– A pan ich nie dyskryminuje przypadkiem?
– Jak zwykle urocza! – zgrzytnął zębami – Kiedy będziemy mogli
spodziewać się czegoś konkretnego w sprawie „Kaszmirowej”?
– Podaję panu konkrety!
– Podaje mi pani brednie! Zadzwonię jutro o tej samej porze. Do
usłyszenia! – nerwowy dźwięk zakończonego połączenia pulsował
jeszcze kilka chwil w uchu Niny. Co za typ! I do tego ten numer, jaki
wywinął jej przed Różycką! Złość, przeżywaną w tajemnicy przed cały
Hectorium, Nina musiała maskować już od kilku dni. Telefony pana
Źrebaka były regularne, ale nie należały do jedynych. Dziennikarz
codziennie zmieniał taktykę, z uporem dążąc do rozmowy z prezesem.
Tak samo jak dziesiątki innych, którzy w rozmowie traktowali Ninię jak
przestępcę. To takie sytuacje są prawdziwym testem dla PR-owca . Czy
obrażany, poniżany, podpuszczany potrafi zachować klasę, zminą krew
i reprezentować firmę porządnie?
– Nina, z kim rozmawiasz? – zażądała natychmiastowych wyjaśnień
Julia, która sapiąc ciężko, wyrosła nagle z boku. Była wyraźnie
zirytowana, oddychała głośno i szybko.
– Z panem Źrebakiem – Nina spokojnie odparowała cios.
– To jakoś zbyt nerwowo to robisz! Za dwie minuty w moim gabinecie –
narada nad sprawą Wendke – zarządziła dyrektorka i zniknęła szybciej
niż się pojawiła. Nina zdecydowała się jedynie wejść po notes do
swojego pokoju. Ku jej zdumieniu za biurkiem siedział już Maciek, jakby
nigdy nic się nie stało. Stukał z zapamiętaniem w klawiaturę i nawet nie
podniósł głowy znad monitora, kiedy Nina weszła po swój czerwony
notatnik. Zresztą trudno mu się dziwić, Nina była w stu procentach
przekonana, że wstyd przenika go od stóp po cebulki włosów i
spojrzenie w oczy Ninie byłoby dla niego nie do wytrzymania. Bez
zbędnego komentarza opuściła pokój i pobiegła na koniec korytarza
wprost pod drzwi (byłej?) szefowej. To, co zastała w pokoju wewnątrz
kompletnie zaprzeczało znanej powszechnie definicji „spotkania”. Na
podłodze, wszędzie dookoła walały się tony wydrukowanych wycinków
prasowych, na których Alfred von Wendtke niemiłosiernie szczerzył się
do aparatów fotograficznych lub wygrazywał pięścią swojemu wrogowi.
Wokół tego stosu opatrzone trochę nietrafionymi komentarzami
artykuły, dotyczące Hectorium i stare, bardzo stare fotografie prezesa
Miętusowskiego oraz jego wspólników. Julia Lisiewska rysowała na
flipcharcie dziwne kwadraty, strzałki, słupki i opatrywała literkami.
Obok niej niema i posmutniała siedziała sobie Ania Samosińska wraz z
jedną ze swoich dziewczyn – Karoliną.
– Usiądź – wycedziła Julia – i tak czekamy na prezesa! – wszystko
wypowiedziane nawet bez jednego spojrzenia w stronę zdumionej Niny.
Nadal jej ręce buszowały po papierze formatu A1, kreśląc dziwne wzory
w kolorowych tonacjach. Ania też się nie odezwała: oglądała paznokcie,
poprawiała włosy, mankiety i bransoletki. Nina chciała zadać pytanie,
czemu ma służyć zapisanie już kolejnej strony tymi barwnymi
szlaczkami, ale w tym momencie wszedł prezes i majestatycznie udał się
na koniec stołu jednocześnie praskając o blat notesem i papierami.
– Dzień dobry! , przepraszam za spóźnienie! I co to za śmietnik tutaj na
tej podłodze? Sprzątnij to szybko! – władczym tonem prezes zwrócił się
do przestraszonej Karoliny, która niczym automat porzuciła notatki i
długopis, poderwawszy się z krzesła.
– Nieeeeeeeee! – wyrwało się rozpaczliwie z ust Julii – Nie! Nie! To
wszystko potrzebne! Prezesie nie!
– Ok – poddał się Miętusowski, spozierając na Julię spod oka i bardzo
podejrzliwie.
– Zbieramy się tu, ponieważ sytuacja jest poważna a dział PR beze mnie
nie działa jak należy– zaczęła Lisiewska, wprawiając w osłupienie
wszystkich, łącznie z prezesem, który przechylił się w stronę parapetu,
jak człowiek, który nie dowierza własnym oczom.
– Słucham? – żachnęła się Ania Samosińska, niemal gotowa skoczyć Julii
do gardła.
– Chwila , spokojnie – interweniował prezes, dosłownie w ostatnim
momencie ratując Julię przed nagłym nokautem ze strony wściekłej
Samosińskiej – co tu się dzieje? Co tu się dzieje? Katarzyno, Katarzyno! –
wołał, chyba nie do końca świadom, że Różycka została w lobby.
– Prezesie – rozpaczała Julia -! O proszę, tutaj są wycinki z ostatniego
tygodnia o nas i o Wendtke Holding! Lecimy na łeb , na szyję o,
narysowałam wykresy! – i rzuciła się z podłogi wprost do flipchartu,
dopadając go tak gwałtownie, że omal nie przewróciła się razem z nim.
– Co tu się dzieje? Do jasnej cholery! – prezes nie wytrzymał, patrząc na
Julię, manewrującą ze wszystkich sił własnym ciałem tak by nie leżeć
razem z flipchartem wśród pieczołowicie wyciętych prasowych
wywiadów z Alfredem von Wendtke.
– Ja też nie rozumiem – kokieteryjnie zagaiła przestraszona, mimo
wszystko, Samosińska i odrzuciła znacząco burzę kasztanowych loków
w tył pięknej szyi.
– Katarzyno! – zaryczał prezes, purpurowiejąc i sapiąc. Wtedy Karolina
powstała ofiarnie i cichutko pisnęła:
– To ja po nią pójdę już…- sprawiając, że prezes, w stanie
przypominającym wulkan, spojrzał na nią ogłupiały i zamilkł, bo chyba
dotarło do niego, że niezbędna asystentka jest jakieś kilkadziesiąt
metrów od niego, daleko za zamkniętymi drzwiami i wołanie jej jest bez
sensu. W tym czasie Karolina nie czekała już na atak wściekłości prezesa
tylko truchcikiem wybiegła z pokoju w poszukiwaniu Katarzyny.
– Wyjaśnij nam, proszę, do czego zmierzałaś poprzez te rysunki – Nina
zachowała zimną krew.